wtorek, 3 grudnia 2013

Rozdział IV

Nie mogłam uwierzyć, że właśnie spełniają się wszystkie moje marzenia. Ja, zwykła, zapomniana dziewczyneczka z Polski. Z POLSKI, nie z Anglii, Irlandii czy USA. Ja.
Korytarze hotelowe były niesamowicie podświetlone. Wyglądało to pięknie. Jak w jakiejś baśni. Parę razy natknęliśmy się na ochroniarza. Liam miał funkcję "zagadywacza", podczas gdy my bawiliśmy się w uciekinierów. W końcu dotarliśmy pod drzwi pokoju... 113. Niall uśmiechnął się szeroko.
 - Panie przodem. - mruknął, otwierają "tajemne wrota".
To było za wiele. Ogromnych rozmiarów, cudowna, jedyna w swoim rodzaju sala kinowa. Była naprawdę wielka. Zaczęłam liczyć.
Trzy...
Dziesięć...
Piętnaście...
Dwadzieścia jeden...
Pięćdziesiąt dwa.
W pokoju były pięćdziesiąt dwa RZĘDY krzeseł kinowych. Nie panując nad sobą, rzuciłam się w objęcia najbliżej stojącego chłopaka.
 - O mój boże, jesteście wspaniali, niesamowici, nie mogę uwierzyć, że jestem tu z wami... Jestem... najszczęśliwszą osobą na Ziemi! - krzyknęłam przez łzy, sprawiając, że koszulka któregoś z chłopaków namokła. W końcu udało mi się opanować i spojrzałam w górę.
Harry.
Cholera. Dlaczego zawsze trafia na Harry'ego?!
- Jesteś... Dość niezwykłą osobą. - szepnął lekko zaskoczony, zachrypnięty głos mego idola.
- Nie. To TY jesteś niezwykły. Ja jestem tylko jedną z biliona fanek. - mruknęłam, uświadamiając sobie ponownie tę straszną prawdę. Teraz się widzimy. Teraz rozmawiamy. A później? Dla NAS nie ma żadnego "później". Nie ma przyszłości...
- Nieprawda. Nigdy o Tobie nie zapomnę, Kalino. A... Mogę na Ciebie mówić: Darcy? Uwielbiam to imię. - zawahał się. Jest taki piękny, kiedy się waha...
- Jasne. - wykrztusiłam marnie, bo tylko na tyle mogłam się zmusić. Hazza spojrzał na mnie, a jego zielone (kocham ten odcień!) oczy lekko rozbłysły.
- Dzięki. Jesteś naprawdę... Niewiarygodna. Nie wiedziałem, że w Polsce mamy tak wielu fanów...
- To nie fani. To moja rodzina. To Directioners. - wtrąciłam, zanim zdołałam ugryźć się w język. Ojć. Loczek skomentował to perlistym chichotem.
- Emmm... Sorry, że przeszkadzam... Ale niektórzy CHCĄ OGLĄDAĆ FILM. - krzyknął Zayn, pokazując Stylesowi środkowy palec. Wybuchłam niekontrolowanym śmiechem. Moja kochana piątka idiotów. Nasza. Harry chwycił mnie za rękę i poprowadził do ostatniego rzędu. Przez chwilę nie mogłam oddychać. W znanym  przeze mnie kinie na końcu siadały słodkie parki, które ciągle się do siebie śliniły. Ewentualnie gimbusy, którzy nie wytrzymywali godziny czy dwóch i palili z tyłu sali. Wzięłam jednak głęboki wdech i ruszyłam za moim idolem.
Usiedliśmy, nadal trzymając się za ręce. JA TRZYMAM WŁAŚNIE HARRY'EGO STYLESA, A ON UŚMIECHA SIĘ DO MNIE. JESTEŚMY W HOTELU, W SALI KINOWEJ NALEŻĄCEJ DO 1D. O BOŻE.
 - Widziałaś może tytuł filmu? - zapytał się nagle Curly. Pokręciłam z uśmiechem głową.
- Nie. - wyszeptałam, bo Niall już spojrzał się niebezpiecznie. - A po co ci wiedzieć?
- Chłopaki na stówę mnie potem z niego przepytają. - Hazza wzniósł oczy do góry.
- CIIIIII!!!! KEVIN SIĘ POGNIEWA! - wrzasnął Louis. Wszyscy znieruchomieli. - No co? To, że mam chandrę i jestem załamany nerwowo, nie oznacza, że nie jestem tu duchem. OTÓŻ JESTEM HARRY, KOTKU. I NIE PODOBA MI SIĘ TO, W JAKI SPOSÓB ROZMAWIASZ Z TĄ DZIEWCZYNĄ. ZAKLEPAŁEM JĄ PIERWSZY! - udał obrażonego, a wszyscy ryknęli śmiechem. Olga nie mogła odwrócić od niego swoich oczu. Przygryzłam wargę.
 - Ej, chłopcy, bo jeszcze się zarumienię! - mruknęłam ponętnie. Harry wyszczerzył ząbki, błyskając równocześnie zielonymi oczyma.
 - Lou, skarbie najdroższy, przecież wiesz, że to ty jesteś moją prawdziwą i jedyną miłością...! - wymamrotał kojąco Hazza, podchodząc do Louisa. Z lekkim przerażeniem patrzyłam, jak siada mu na kolanach i ociera się nosem o nos.
 - Nialler, oni tak zawsze...?
- HAHAHAHAHA co HAHAHAA to takie śmieszne! - no tak. Mogłam to przewidzieć. Niall zwijający się ze śmiechu na podłodze. Świetnie. Julia wyglądała na wniebowziętą.
- Emmm... Może... Może pójdziemy do pokoju? - zaproponowała cicho Olga. Louis zareagował natychmiast.
- Och, moja księżniczka chce do pokoju? Już się robi! - wykrzyknął, po czym porwał zdezorientowaną dziewczynę na ręce i wybiegł z sali kinowej. Usłyszałam za sobą cichy chichot.
- Miałem nadzieję, że zadziała. Udało się.
- Chwilę. To ty nie...
- Chciałem, żeby na moment zapomniał o El.
- Myślę, że jesteś kochany. - szepnęłam. Nagle zorientowałam się, że w pokoju zostaliśmy już tylko my. Niepewnie wspięłam się na palce i cmoknęłam Hazzę w policzek.
***
- Jak jeździsz, baranie?!
- Tommo, chłopie, skoro ja jestem baranem, to ty osłem!
- Styles, nie mogę uwierzyć, że jesteś takim palantem!
- HAHAHAHA
- Horan, zamknij się i dokończ tą bułkę, a nie, że mi na pada plujesz.
- Zen, ty potrafisz sklecić jakieś normalne zdanie!
- Co kur*a?!
- Chłopcy...! - ostry głos Julii przedarł się przez ogromny hałas. - Nie słyszycie, że Darcy dzwoni telefon?! - to wystarczyło. Zapadła nagła cisza. Jedynym dźwiękiem były tylko odgłosy z gry.
- Dzięki. - mruknęłam, po czym spojrzałam na ekran komórki. Mama. O nie, będą kłopoty. Pewnie ciocia naskarżyła, że coś późno nie wracamy...
Ja: Halo?
Mama: Kalina?
J: Da... Tak, Kalina.
M: Świetnie. 
J: Mamo, co się dzieje? Gdzie jesteś? Okropnie drży ci głos. Napij się wody, bo herbata wysuszy gardło... Broń boże coli nie pij. To już zupełnie...
M: Kalina!
J: Słucham...?
M: Tata...
J: Co "tata"?
M: Dostałam wiadomość, że tata jest ciężko ranny. To stało się przy budowie jakiejś maszyny. Oczywiście, jak to on, nie był zabezpieczony...
J: Czy on...?
M: Jeszcze żyje. Ale ledwo. Słuchaj skarbie, jadę do USA. Na leczenie. Przykro mi, ale musisz zostać z ciotką w Warszawie. Takie życie, słonko. Wytrzymasz, prawda?
J: Kocham cię, mamo.
M: Ja też cię kocham. Ciuchy podeślemy pocztą. Trochę tam pomieszkasz. Julka zostanie z tobą, rozmawiałam z ciocią. Jedzie ze mną, tak w ogóle. Pozdrów wszystkich. Mam nadzieję, że nie marzniesz pod hotelem. Pa, skarbie!
J: Pa...

Komórka zjechała mi wzdłuż szyi i na pewno wyleciałaby z ręki, gdyby w ostatnim momencie nie chwycił jej Harry. Spojrzał na mnie tym swoim wzrokiem... Ale nie potrafiłam się uśmiechnąć. Nikomu nic nie mówiąc, wstałam z kanapy i wybiegłam z pokoju. Usłyszałam za mną ciche kroki. Mogłam się domyśleć, że mnie nie zostawi. Prychnęłam pod nosem.
Świetnie. Genialny sen Darcy, pogratulować.
Nie wierzyłam w to, że tata... Mój tata... I że mnie zostawili. W obcym miejscu. Z obcą kobietą.
Nie pomyślałam o chłopcach. O moich idiotach. Może dlatego, że sama jestem debilką.
Po prostu skoczyłam.
Z balkonu.
Z czwartego piętra.
Ostatnim, co usłyszałam, był krzyk rozpaczy.
Krzyczał mój Anioł.
***
No i jak wam się podoba? ;-) Sorki, że rozdział dopiero teraz. Miałam kompletny brak weny. :-( W tym rozdziale dużo się działo... Piszcie w komentarzach, czy może być. Przyjmuję krytykę, spokojnie. Nie gryzę xd. Dzięki za to, że jesteście. Kocham Was! xx